Uno Bomber


Podpływając z jedną nasączoną świńskim łojem strzała wycelowana w strzechę lubelskiej osady biskupińskiej opowiem w czym jest problem nerwowego szukania marnych zastosowań dla niechcianego dziecka nauk zwanego psychologią. Gdy zorientowano się, że od lat wielu, nie zaglądam dziewczynkom w prywatne wiadomość i zrozumiano, że wiele sytuacji czytam na podstawie szczątkowych informacji, bardzo usilnie chciano osiągnąć dwie rzeczy. Primo, musimy „jego przeczytać” na bazie obrazków, a jak to się nie udało to krwią i potem takie obrazki pod kamerami, oczami obserwatorów czy to białkowych czy dronowych chciano wygenerować. Przyjmuje to aktualnie absurdalnie groteskową ze względu na liczbę zaangażowanych osób formę. Abstrahując od marzeń (duo) „w końcu nie wytrzyma, rzuci się na kogoś, skończy w psychiatryku” chyba wolę wycelować w strzechę i powiedzieć, że w tych marnych metodach nerwowo chodzi o „zobaczmy na co nie reaguje” = „jego zgoda, jego wybór, jego docelowe towarzystwo”. Niestety,  muszę pozbawić marzeń szyjących tak kiepskie wyszywanki bo nie reaguję w sposób deterministyczny na marny słownik zabobonów, dziwi kalkulacja rzeczywistości uczestników bo liczba zaangażowanych osób wskazuje na brak marzeń o „analogii”, a kwestie prawne w końcu wypłyną od takowych (uczestników) a nie świadków. Do dziś nikt nie ma odwagi na „Hej, chcę pogadać o tym co wiem na temat tego co się wobec ciebie odbywa.”. Jako absolutną groteskę uznaję składaka pod tytułem „Pan przyszedł na kawę, pod jego oczami robi się teatrzyk imitacji znanych mu osób, bardzo nerwowo chce się dopisać do tego <<teorie jego wyboru>>”, ale dziwnym trafem unika się zapytania o jego decyzje. Patrzę w górę widzę jaskółki i zastanawiam się niezależną myślą co one żrą, wpisuję to w google, a generowane odpowiedzi w takowym skręcone nieudolne w to zabobońskie amerykańskie myślenie (rzeczy które miałem widzieć przed oczami i przed jaskółkami a nie przed monitorem) alimenciarskiego narodu, który nie przyznaje się, że ma długi wobec swojego niechcianego dziecka i mi go na utrzymanie kosztem mojej własności majątkowej intelektualnej nie podrzuci. Niestety marny Google tyle razy pokazało mi amerykańską wieś, że nie mam wątpliwości dlaczego nie należy się tam spodziewać konkurencyjnych stawek. Uznaję, że wszyscy śpią w milczeniu i wypuszczam z cięciwy strzałę z tańczącym stabilnym płomieniem. Pisząc to mam skurcze po powiekach i wiem, że urojone narody marzeń „narodowych” i rodzice kuzyna psychologii z dodatkowym chromosomem zwanego psychologią projektywną już się żegnają ze swoimi „roszczeniami” wobec mojej własności. W tym chromosomowym wątku Paweł Piwoński i „Czytacz szperacz” położyli swoje główki na pieniek lubelskiego kata, z dziwnymi marzeniami żyli panowie o pustych własnych kieszonkach. 

Leave a comment