Biorąc jedną cyber pocztówkę z kamforycznych oparów absurdu wstępuję filigranowymi stópkami na przetwór blotosatnu leśnych duktów siusiaków. Leżą kostuszki zjedzonego łabądka, jest grim, nie ma kamyków milowych są za to dość stare humanoido drzewa papierzakowe zrzucające swoje mało apetyczne owoce na ścieżki, a ja powtarzam sobie „You are not Jaś, chuj z Małgosią, myśl o sobie.” Idę w swoją stronę, nie jestem zagubiony, jeszcze wtedy bez plecaka, po historiach warszawskich znikających autorskich naukowych notatek pisanych ręcznie, trzęsawisko warszawskiej ulicy “szambo” zakwitło już pełnym kożuszkiem ludzi którzy utopili w niej swoje groteskowe zapędy wobec mojej osoby w tym elektroniczne. Jest to jeszcze przed znikającymi książkami w mieszkaniu w Lublinie, podmienianą treścią w innych książkach (bazujących na moich słowach „Dom Rotschildów” widoczne z kilometra), znikniętej umowie zatrudnienia z okresu 2020-2021 i w trakcie prób podstawki przez niepodobne do mnie jednostki (wraz z urzędem skarbowym patrzyłem na wszystko z niedowierzaniem). Cóż sprowokowało najbardziej do elektronicznych wojaży w moim kierunku? Moje zdolności to raz, zabezpieczone przeze mnie materiały na wypadek sprawy sądowej i kontroli skarbowej to dwa, a trzy moja prowokacja „z datą backupów z 15 sierpnia”, która odnosiła się do daty gdy mój ojciec zbackupował swój charakter, elektronicznych backupów autorskich rozwiązań w których ktoś chciał widzieć kradzież nie stwierdzono. Pomijam próby „wyczarujemy, że napisze to samo albo udostępni swój research”. Tak oto wchodzę na lubelską polankę zbiorowej mogiły całej rozpędzonej elektronicznej pogoni, która zagalopowała się za mną aż tutaj. Nie wykopałem głębokiego grobu, przyprószyłem lekko startym wapnem dla smaku, niech walkirie lasu zwane sarenkami i kruki sprowadzą tu na wielką biesiadę pod niebem asów inne leśne zwierzątka. Bujną kępką rośnie już trwa, a drzewa gną się i lśnią od kolagenu. Nie wdając się w szczegóły tych marnych manipulacji „uwierz że Sam Altman mógł zaprzęgnąć Twoje notatki w iCloud do chata”, „uwierz że kto inny <<zakupił>> pisane w nich pomysły (tylko dziwnym trafem nie od Ciebie)”, „Zukerberg widzi Twoje poczynania na komputerze i szczegóły twojego nierejestrowanego życia prywatnego”, „kto inny śledzi Twoje wyszukania w Internecie i strzela z ucha”, „a jeszcze kto inny próbuje je nadpisywać i zrobić z tego <<sterowanie>>/<<współpracę>>” wchodzę w głąb technologicznego lasu, separując te bardziej ludzkie teatrzyki i ingerencje stwierdzam, że nie widzę górki cukru, kalorii i chatki z ciastek, którą opierdoliłbym na raz, jest za to wielki dołek finansowy, nie ma czym go zasypać widzę tylko nieudolnie próby przy użyciu runa leśnego i szyszek. Stwierdzam, że spierdalam stąd bo jak wrócą to jeszcze będą chcieli mi zajebać z kieszeni lembasy. Na ścieżce rysuje się wielka kolorowa landrynka, podchodzę zadowolony, ale okazuje się ludzkim zrzutem przykrytym muchami kolorów tęczy. Nie byłam róża, stałam się rzeźniczo wygłodniałą rosiczką. W swojej głowie wyciągam dolny kieliszek z piramidy szampańskiej, w końcu jestem malutki nie sięgam wyżej i drwię z marzeń, że liczono jakbym miał się stać takim kruchym biznesem w nieswojej piramidzie absurdów. Kultura handlowa moja i mojego agenta nie pozwala mi traktować poważnie „daj nam wybrać z twojego komputera rozwiązania, których nikomu nie pokazujesz i przekleić w nasze biznesy”, wraz z handlarzami i bankierami całego świata patrzymy z niedowierzaniem ilu ludzi dryfuje na deskach statków rozbijanych o skały naszej nieuległości, ale wspólnie stwierdzamy, że szkoda szalup, żeby takich ratować. Lata próby niszczenia życia, zdrowia, charakteru, groteskowych prowokacji i roszczeń wobec nieswojej własności są wspaniałą lekcją kreatywnej i krwawej asertywności. To nie szachy ani pola trzciny cukrowej, tu rosną buraki i ludzie są bardzo pamiętliwi w kwestiach finansowych i zasięgu swojej grządki. Pomijam wypalone kreski na głowie, myślę że za takie „metody perswazji” są wysokie kary więzienia, pokolenie starców musi się zmierzyć z niewdzięczną rzeczywistością prawną, a młodzi którym pomyliło się co mają na własność z rzeczywistością co okażą podczas audytu, kontroli skarbowej. Ludzi o niskiej kulturze handlowej się wyrzuca bo przyjdzie liktor i rozbije toporem o jedno stanowisko targowe za daleko. Chętnie wyzeruję wszystkich lamerykańskich chłopców, którym pomyliło się co do nich należy, ale myślę że pogrążyli się sami w swoich marzeniach alternatywnej rzeczywistości i uznaniowego autorstwa/tożsamości/własności. Doświadczenie pokazuje, że wystarczy pytanie „A co faktycznie należy do pana?” i już z podziemi zakwita kolejne grzęzawisko wypisane na skalanej urojeniem twarzy. Tęskniąc za zgrabnymi elektronicznymi łaniami, ale aktualnie pilnując swojego niezdobytego poroża i nierozłącznego plecaka. Malowane tanią farbą machinacje próby udawania pozwolenia na podgląd tego co robię odpychają mnie od rejonów o bardzo marnej kulturze handlowej i własności intelektualnej. Na tej ścieżce wykonuję skok Knivela nad kałużą końskiego moczu z Pierre dolinką, niestety wyczuwam, że aktualnie rejon outfitu Robbiego gospodarczo przypomina pokaz zrzucania samochodów w przepaść, z których ktoś zapomniał wyskoczyć. Intel soviet jest moją dziecięcą zabawką grzechotnika jako odpowiedź na bardzo marne i życzeniowe „Pan ze wschodu można mu zabrać wszystko”. Aktualnie właśnie w tej wilgotnej soviet piwniczce tkam kolejne niteczki swojej pajęczyny krzyżaka na zwabionych paraprawnym urojeniem ludzi. Tym razem bez mariolnetek iście dobrowolne wejście w lepki, mroczny, wilgotny narożnik prawnych pułapek z zapachem podfermentowanych już kokonów owadowych, a jest to wciąż tylko zakątek przedsionka mojego w pełni prawnego, autorskiego i zamkniętego warsztatu.

Leave a comment